Samochód osobowy a inne środki komunikacji
Nadszedł wreszcie czerwiec 2010. I oto długo wyczekiwany wyjazd na turnus rehabilitacyjny, zaczął przybierać realne kształty. Tym razem rehabilitację zaplanowano mi w Polańczyku, malowniczo położonej miejscowości w Bieszczadach.
Wyproszony w NFZ - ze względu na specyfikę pracy - letni termin wyjazdu był prawie idealny. Podróż palcem po mapie nieco mnie jednak zaniepokoiła. Zdałam bowiem sobie sprawę, że dźwigając ciężkie torby - dojechać bezproblemowo do Polańczyka pociągiem lub autobusem będzie trudno. Moje usilne prośby kierowane do NFZ by podano mi namiary na osoby z naszego regionu jadące na ten sam turnus nie dały żadnego rezultatu. Odpowiedź była krótka - „nie możemy, ochrona danych osobowych”. A więc nadzieja na to, że ktoś będzie jechał samochodem i zabierze mnie ze sobą, spaliła na panewce. Wielka szkoda, bo jak się później okazało, takie osoby były i chętnie obniżyłyby koszty dojazdu zabierając pasażerów. Byłam więc zdana na siebie.
W szukaniu najodpowiedniejszego środka transportu pomagała mi rodzina – synowie i mąż sprawniej znajdują wszelkie połączenia w internecie. Nie udało się jednak znaleźć bezpośredniego połączenia, więc trzeba było połączyć dojazd samochodem, podróż pociągiem i autobusem. Muszę przyznać, że perspektywa przenoszenia ciężkiego bagażu z jednego dworca na drugi, nieco mnie przerażała, chociaż nie przyznawałam się do tego. Mąż bowiem chciał mnie zawieźć na miejsce samochodem twierdząc, że w drogę powrotną pewnie się z kimś zabiorę. Ja jednak wolałam, żeby po mnie przyjechał, fundując sobie chociaż parę dni tak potrzebnego mu wypoczynku.
Na dworzec PKP w Białymstoku dotarliśmy z mężem bezproblemowo. Na miejscu jednak napotkaliśmy już pierwszy problem. Na peronie okazało się bowiem, że kupiony w kasie bilet nie pozwala mi jechać wybranym pociągiem. Kompletny chaos.
Nie dość, że perony są bardzo nierówne i walizka na kółkach z trudem pokonuje nawet niewielkie odległości, to jeszcze kompletny brak informacji... Dworcowe głośniki informujące o przyjazdach i odjazdach pociągów całkowicie nie spełniały swojego zadania.
Pytaliśmy więc każdego, kto wydawał się być pracownikiem kolei, do którego pociągu powinnam wsiąść. Osoby te rozkładały ręce,bądź udzielali nam sprzecznych informacji.Trafiliśmy w końcu na kogoś rzeczowego, który pewnie poinformował nas, że powinniśmy zmienić i peron i bilet, gdyż jest on wystawiony na niewłaściwego przewoźnika.
Mąż się okropnie zdenerwował, bo przecież w kasie dokładnie tłumaczyliśmy, na który pociąg chcemy bilet podając dokładną godzinę odjazdu i miejsce docelowe – Warszawa Zachodnia. Chodziło mi bowiem o taki pociąg, który kończy bieg i pozwoli spokojnie, bez pośpiechu wygramolić się z bagażami na peron. Udało się zmienić bilet tylko dlatego, że pociąg był opóźniony. Koszmar. Co te nasze władze zrobiły z polską koleją, dzieląc ją na kilka spółek. Nawet pracownicy kolei są zdezorientowani, nie mówiąc już o pasażerach.
W końcu doczekaliśmy się. Właściwy pociąg przyjechał i wsiadłam do wagonu dosyć szybko znajdując sobie wolne miejsce a mąż wtaszczył ciężką walizkę. Wkrótce dano sygnał do odjazdu i pomachawszy mężowi na pożegnanie „rozsiadłam się” na siedzeniu. Pasażerów nie było zbyt wielu, więc pozwoliłam sobie na ustawienie walizki obok siedzenia. Ruszyliśmy z opóźnieniem ale miałam nadzieję, że podróż minie spokojnie. Co prawda nikt mnie nie niepokoił, ale niewygodne siedzenia, zepsute okno i otwarta przestrzeń wagonu nie pozwalały cieszyć się podróżą. Prawie trzy godziny jazdy w takich warunkach do przyjemności bowiem nie należały.
W Warszawie czekali już na mnie moi bliscy i to oni pomogli mi wysiąść i szybko dotrzeć na dworzec autobusowy. Kolejny niesmak. Ilekroć przechodzę tym podziemnym przejściem i ustawiam się na poszczególnym stoisku czekając na przyjazd autobusu, zawsze ogarnia mnie wstyd, że w naszej stolicy tak obskurnie wygląda dworzec. Przecież to nasza wizytówka...
Czekając na autobus w towarzystwie moich bliskich, którzy dużo wcześniej kupili mi bilet, starałam się nie myśleć o trudach czekającej mnie nocnej podróży. Mieliśmy nadzieję, że tak daleka trasa zobowiązuje przewoźnika do zapewnienia pasażerom odpowiedniego komfortu jazdy. Niestety, podstawiony autobus był marnej jakości.
Mimo zapewnień kierowcy, że miejsc jest więcej niż biletów, do grupy wsiadających wkradła się nerwowość. Trzeba było najpierw zapakować bagaż, a dopiero potem szukać miejsca w autobusie. Nie wszyscy mieli takie szczęście jak ja. Zapakowaniem bagażu zajęli się bowiem moi synowie, a ja szukałam sobie miejsca przy oknie.
Okazało się, że kierowca miał rację, miejsc było więcej niż pasażerów.
Ulokowana na wybranym siedzeniu, pomachawszy rodzinie na pożegnanie, ruszyłam na południe Polski. Na miejsce mieliśmy dotrzeć przed godziną szóstą rano, więc podróż miała trwać około dziewięciu godzin. Rzadko jeżdżę autobusami, więc może dlatego podróż ta była dla mnie bardzo męcząca. Niewygodne siedzenie, brak podnóżka oraz niesprawna dźwignia do ustawiania siedzenia sprawiały, że podróż bardzo mi się dłużyła.
W znoszeniu trudów podróży wydatnie pomagały kilku, lub kilkunastominutowe postoje. Nie spełniały one do końca swojej roli, gdyż wiele osób chciało skorzystać z toalety, a w godzinach nocnych były one niedostępne. Kolejny absurd. Mienimy się takim cywilizowanym krajem, a pasażerowie nocnych autobusów muszą załatwiać swoje potrzeby w krzakach /w autobusie też nie było toalety/. Wstyd.
Mimo zmęczenia, w godzinach rannych podróż stawała się znośniejsza. Można już było podziwiać piękno naszych rodzimych krajobrazów i uroki miasteczek przez które przejeżdżaliśmy.
Gdy dojechaliśmy do Sanoka, spotkało nas kolejne rozczarowanie. Okazało się bowiem, że musimy się przesiąść do innego autobusu. Najbardziej przeraziła mnie wizja przepakowywania bagażu. Miałam jednak cichą nadzieję, że pomoże nam kierowca, gdyż jechały tym autobusem głównie kobiety, osoby chore, które nie powinny dźwigać ciężarów. Niestety, kierowca jedynie łaskawie otworzył bagażnik i odszedł, by z oddali przyglądać się zmaganiom pasażerów z ogromnymi torbami.
Po mozolnym zapakowaniu bagażu weszłam w końcu do autobusu. Mimo, że był to obskurny, niewygodny pojazd nikt już nie marudził. Każdy z nas bowiem chciał jak najszybciej dotrzeć na miejsce, zakwaterować się i troszkę odpocząć. mimo, że do Polańczyka dotarłam już bez niespodzianek, niesmak po podróży pozostał na długo... Miałam tylko nadzieję, że nie będę musiała tego samego przeżywać wracając do domu po rehabilitacji.
I rzeczywiście, podróż powrotna była cudowna, gdyż przyjechała moja druga połowa. Udało mu się dostać parę dni urlopu, więc szybciutko spakował najpotrzebniejsze rzeczy i zabierając ze sobą termos gorącej, mocnej kawy - wyruszył na południe Polski. Za moją namową postanowił bowiem, chociaż na parę dni oderwać się od pracy, troszkę odpocząć i zabrać mnie do domu naszym wygodnym samochodem.
Wiadomo, człowiek docenia wiele rzeczy dopiero wtedy, gdy doświadczy czegoś dużo gorszego. Nie dość, że nie musiałam się wcale martwić o bagaże, to podróż powrotna trwała nieporównywalnie krócej. Piętnaście godzin, które byłam w podróży jadąc do Polańczyka - zamieniliśmy na sześć w drodze powrotnej. Zatrzymaliśmy się tylko na lody i tankowanie paliwa. Nie było bowiem potrzeby urządzać sobie dodatkowych postojów, gdyż nie czuliśmy się zmęczeni. Sprawny samochód, klimatyzacja i wygodne, regulowane siedzenia zapewniały wysoki komfort jazdy.
Miło spędziliśmy ten czas. Gawędziliśmy sobie, podziwiając piękne, polskie krajobrazy i słuchaliśmy ulubionej muzyki. Mimo, iż też jestem kierowcą, nie pchałam się za kierownicę. Czasami tylko pełniłam rolę pilota. Byłam mężowi bardzo wdzięczna za to, że nie muszę wracać do domu autobusem. Pozwoliłam mu więc cieszyć się z prowadzenia samochodu. Wielokrotnie mówił mi bowiem, że jazda samochodem, to jego druga miłość. Wierząc, że tą pierwszą jestem ja, z przyjemnością korzystałam z przywileju beztroski pasażera.
- 185 odsłon









Odpowiedzi
Dodaj nową odpowiedź